poniedziałek, 19 sierpnia 2024

Porzucając ciężar… biegnij



„I my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, [a przede wszystkim] grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na [jego] hańbę, i zasiadł po prawicy tronu Boga.” Hbr 12,1-2

 

Wersety te towarzyszą mi od tygodnia. Nosiłam je na sercu rozważając jakie mają dla mnie znaczenie dzisiaj i dlaczego tak bardzo mnie dotykają. Kiedy w sobotę, ze spakowanym plecakiem postanowiłam wyruszyć w góry – tekst ten do mnie powrócił.

 

Każda podróż ma swój wyznaczony cel – świadomie lub nie. Zawsze gdzieś docieramy, nawet nie robiąc żadnego kroku. Tak było ze mną, kiedy postanowiłam zaliczyć jeden ze szczytów w Tatrach. W taką podróż do plecaka pakujemy tylko niezbędne rzeczy, nie chcemy przecież czuć się obciążeni. Rozważnie więc zastanawiamy się, co ze sobą zabrać, co pomoże w podróży, co ułatwi pokonanie drogi i dotarcie do celu. Podejrzewam, że nikt nie zabiera ze sobą np. grubych i ciężkich książek. Nie pakuje też nadmiernie obciążających produkty opakowań, czy innych dziwnych przedmiotów. Dlaczego? Byłby to zbędny balast. Ciężar, który po kilku godzinach drogi – odczułyby plecy!

Na początku może wszystko wydawałoby się piękne i lekkie. Wypełniony po brzegi plecak nie wydawałby się problemem. Dopiero rodzaj drogi i czas… ujawniają obciążenie.

 

Podobnie jest w naszym duchowym życiu, życiu wiarą. Celem jest wieczność w obecności świętego Boga. Zanim jednak tam dotrzemy, czeka nas podróż tutaj na ziemi – podróż nie w oglądaniu, ale w wierze. Wiara rodzi się ze słuchania Słowa. Cała nasza życiowa wędrówka jest więc jak górska wyprawa. Niesiemy ze sobą plecak pełen myśli, uczuć, doświadczeń, decyzji, relacji – wszystkiego tego, co nie jest materialne. Wszystko to ma swoją wagę. Na początku godziny poświęcone idealizowaniu w myślach i marzeniach wydają się niewielką ceną… ale kiedy zliczymy te codzienne godziny – przez okres 10 lat – to zyskujemy ładny wynik. Ciężar? A może… codzienne godziny pełne zmartwień i nieustannego smutku prowadzącego do żalu i rozczarowań – po 10 latach – co zaowocuje? Ciężar?

 

Na początku każdy plecak wydaje się lekki, ale to rodzaj drogi – życiowych doświadczeń, oraz ciężary – wszystko to, na co pozwalamy w swoim życiu (przez własne decyzje), powodują, że staje się on coraz cięższy. A cel jest przecież przed nami… musimy iść! Wierzę, że właśnie dlatego Paweł zachęca tutaj do porzucenia wszelkiego ciężaru (oczywiście w tym grzechu również) by nie tylko iść… ale aby biec!

 

Skłoniło mnie to do myślenia o tym, co było dla mne ciężarami w ostatnim roku. Co powodowało, że zamiast biec za Chrystusem – patrząc na cel, czułam się bardziej i bardziej obciążona w tej drodze. Jakie przedmioty materialne i niematerialne pozwalałam albo sama umieszczałam w moim życiowym plecaku. Jakie ciężary i Ty niesiesz dzisiaj, bojąc się je po prostu zostawić?

 

W tekście tym jest obietnica… patrz na Chrystusa. To Chrystus i Jego obecność jest zawsze odpowiedzią! W tej drodze, którą musimy przemierzać wiarą, On nas poprowadzi i udoskonali. Aby to się jednak stało naszym udziałem – potrzebne jest działanie z naszej strony. Musimy porzucić wszelki ciężar. Pamiętając, że nie każdy ciężar jest grzechem, musimy świadomie, aktem swojej woli go z siebie zrzucić. Mamy przecież doskonałego Przyjaciela, która chce nas w tym wspierać – to łaska! Nie lekceważąc zatem darowanej nam łaski w Nim… czyńmy to, co Jemu miłe, nie obciążając swoich życiowych plecaków zbędnym balastem. A jeśli dzisiaj masz poczucie, że Twój plecak jest pełny ciężaru – czas abyś zaufał Bożemu Słowu, uwierzył Pawłowi, zostawił, rozwiązał wszystko to, co Cię obciąża i biegł za Chrystusem. Jego jarzmo jest miłe a brzemię lekkie.

 

Ja zaufałam.

 

Ojcze,

dziękując za moc Twojego Słowa… dziękuję, że ono jest odpowiedzią na każdą życiową potrzebę. Nie musimy szukać rozwiązań poza Tobą – ale wszystkie odpowiedzi znajdziemy w Tobie. To często pycha i opór naszych serc przysłaniają nam wszystko to, co Tobie miłe. Obciążamy nasze życie zbędnymi problemami i doświadczeniami, przed którymi Ty chcesz nas ustrzegać! Daj Ojcze nam otwarte oczy serca i wrażliwość na wszystko to, co może utrudniać nam bieg do celu – jakim jest chwała nieba. Niech nasze wnętrze pragnie być wypełniane tym, co Twoje – a Twoje to miłe jarzmo i lekkie brzemię. Taka Ojcze jest Twoja łaska!! Tylko nam wciąż brak wiary i zaufania… Dlatego modlę się dzisiaj Ojcze o wiarę, która pozwoli mi biec do celu. Da odwagę do zrzucania z siebie ciężarów i odrzucania wszelkiego balastu, który mógłby mnie zatrzymać. Uchroń Ojcze. Prowadź Ojcze. Patrząc na cel… sprawcę i dokończyciela mojej wiary – Chrystusa.

 


a.

 


 

poniedziałek, 15 lipca 2024

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą

 

„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

 

Te słowa wybrzmiewają w mojej duszy od wielu tygodni. Noszę je. Rozważam. Pytam o ich prawdziwe znaczenie dla mnie.

 

Pan wszechświata, odwieczne Słowo, Ten dla którego i przez którego wszystko powstało, co powstało, Ten który podtrzymuje wszystko Słowem swojej mocy, bezcielesny, ponadczasowy, majestatyczny, mądrość i rozkosz Boga Ojca – przychodzi na ziemię, ograniczając swoją chwałę do marnego, czasowego, zniszczalnego ciała. Odtąd Jego ciało doświadczy wszystkiego, czego doświadczasz Ty i ja codziennie (z wyjątkiem grzechu) – bólu, zranienia, cierpienia, łez, głodu, pragnienia, zmęczenia.

 

Wszystko po to, aby pokazać stworzeniu jaki jest Jego Stwórca, jakie jest Boże serce. On od pierwszych dni zna swój cel, wie dokąd zmierza… na krzyż. To tam zwieńczy się ból zadanych ran, odwieczne oddzielenie i wybrzmi drwina piekieł. Tam też zajaśnieje największy blask chwalebnego przebaczenia i zabrzmi niebiańskie Alleluja.

 

Wyobrażam sobie scenę Golgoty – drewniana belka zrobiona rękami znikomego człowieka, na której przybity ogromnymi gwoździami wisi On, odwieczny a jednak tak bardzo zanurzony w czasie - Człowiek i Bóg. Spogląda na zadowolonych z siebie żołnierzy. Widzi znawców prawa i religii opisującej Jedynego Boga – dumnych, że rozprawili się z problemem. Obserwuje płaczące niewiasty i pocieszającego je Jana. Dostrzega także gapiów, ciekawych co się wydarzy. Czy zejdzie z krzyża? Przecież czynił tyle cudów, dlaczego siebie ratować nie może?

 

Dlaczego siebie ratować nie może? Drogi człowieku… nie może, bo ratuje Ciebie i mnie. W tej właśnie chwili dociera do mojego serca głos słów, które są preludium do dzieła otwierającego wieczność. „Ojcze przebacz im”. Czy istnieją dzisiaj słowa większej miłości niż te? Czy człowiek jest zdolny pojąć głębię przebaczenia jakie dokonało się właśnie na Golgocie? Czy otwarte tam serce Człowieka i Boga – nie jest dla mnie dzisiaj wystarczającym powodem do wiecznej wdzięczności i odpoczynku? 

W Jego odwiecznym „Ojcze przebacz” mogę odnaleźć prawdziwy pokój z Bogiem Ojcem. Mogę przychodzić do tronu Jego łaski, aby uwielbiać, dziękować i prosić.

To w Jego „Ojcze przebacz” znajduję spokój i wytchnienie w każdym bólu i zranieniu zadanym przez drugiego człowieka.

To w Jego „Ojcze przebacz” rysuje się obraz doskonałej, poświęcającej siebie miłości, którą pragnę naśladować codziennie.

To w Jego „Ojcze przebacz” przeglądam się jak w lustrze i widzę, jak wielki jest mój grzech, który mi przebaczono.

To w Jego „Ojcze przebacz” schowam każdą ranę i cierpienie, choć wydają się niesprawiedliwe i często pragną odpłaty.

To w Jego „Ojcze przebacz” jest łaska pełna siły i nadziei do codziennych zmagań z grzechem.

To w Jego „Ojcze przebacz” jest źródło wody żywej, dla każdego kto pragnie.

 

W obliczu tak wielkiego przebaczenia, czy istnieje jakaś wina i rzeczywistość grzechu, która zasługiwałaby na wyróżnienie? Wszystko milknie, a rozbrzmiewa tylko chwała płynąca z łaski.

Odnajduję siebie w Jego zawołaniu. To o przebaczenie dla mnie wołał z krzyża. To ja nie wiem co czynię, taplając się w brudzie grzechu! Myślenie o przebaczeniu, jakiego sama dostąpiłam w dziele krzyża, pomaga mi w inny sposób patrzeć na ludzi. A kiedy doświadczam krzywdy, zranienia i poczucia niesprawiedliwości, to Jego rany są najlepszą odpowiedzią na wszelkie pytania, a Jego wezwanie „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” – właśnie wtedy jest głębsze, prawdziwsze i bliższe, niż kiedykolwiek wcześniej.

 

 

Ojcze,

Ty nie oszczędziłeś swojego Syna, ale wyznaczyłeś Mu zadanie, które doskonale wypełnił. On nie upierał się zachłannie, ale przyjął postać sługi. Uniżył samego siebie i był posłuszny, aż do śmierci i to do śmierci krzyżowej. To dzięki Bożemu Synowi tak znikome stworzenie jakim jest człowiek, mogło ujrzeć chwalebność Twojej łaski – manifestującej się w Jego przybitych dłoniach do krzyża. To w Jego świętej krwi spływającej po każdej zranionej części ciała dostępne jest dla mnie oczyszczenie. Jego zawołanie „przebacz im, bo nie wiedzą…” wybrzmiało echem w wieczności, a jego głos rozchodzi się po całej ziemi, aż do dziś. Ono rozdarło wszelkie przeszkody dzielące mnie od Ciebie – i w Nim mogę dziś wołać Abba, Tatusiu… 

Dziękuję za objawienie mocy i wielkości Twojego przebaczenia. Na myśl o nim, zginam kolana swoje w zachwycie, wdzięczności i uwielbieniu.

 

a.


piątek, 5 lipca 2024

Mój Ojciec mnie kocha

 


Dziś zatrzymała mnie pewna myśl - jeśli mój ziemski ojciec kocha mnie tak wielką miłością, że czuję się bezpieczna, to jak większa i doskonalsza musi być miłość mojego niebiańskiego Ojca? Tak szczególnie moje serce potrzebuje dziś tej świadomości. Prowadzącej do wytchnienia i odpocznienia w Jego miłości do mnie.

 

Mam wspaniałego ziemskiego tatę. Nie jest bez wad, ale jest moim przyjacielem i zawsze miałam poczucie, że cokolwiek by się nie wydarzyło – On będzie gotowy mnie obronić. Musiałby pojechać na drugi koniec Polski, bo tego potrzebuję? Zrobiłby to. Pamiętam pewne doświadczenie, kiedy mieszkałam w Warszawie… Pierwszy raz stało się coś z moim samochodem i nie bardzo wiedziałam, jak mam sobie z tym poradzić. Rozmawiałam z tatą przez telefon i ostatecznie zmuszona byłam zawieźć samochód do warsztatu. Wierzcie lub nie… było to dla mnie wielkie wyzwanie, bo kompletnie się na tym nie znam. Właśnie dlatego nie czułam się komfortowo, wystąpił w moim wnętrzu nawet jakiś rodzaj lęku, co będzie z tym samochodem i jak to wszystko ogarnę. Potrzebowałam męskiej ręki. Czułam, że potrzebuję pomocy. Nie chciałam jednak nikogo o nią prosić. Taka już jestem… Nie potrafię prosić o pomoc (skrywam uczucia). Dopiero uczę się tego (!). Musiałam więc sprostać tej sytuacji. Po godzinie od ustaleń z tatą, zadzwoniła do mnie mama, że za 3 h będą w Warszawie. Pamiętam tę rozmowę jak dzisiaj, może dlatego, że było to dla mnie tak ważne wtedy? Zapytałam ale jak to, dlaczego – na co ona odpowiedziała – tata zdecydował, że przyjedzie Ci pomóc. Bardzo mnie to wtedy wzruszyło… nigdy pewnie tego nie okazałam, tylko wspomniałam… ale było to dla mnie tak cenne i ważne. Popłakałam się nad własnymi myślami… że taka błaha sprawa, ja mająca w sobie strach, i tata, który od razu postanowił być przy mnie i mi pomóc, wiedząc, że to dla mnie wyzwanie. Może zastanawiacie się dlaczego o tym piszę. Może myślicie, że to „nic wielkiego”. Oczywiście. Każdy z nas ma swoje „małe” i te większe doświadczenia. Jednak piszę o tym, bo myślę, że właśnie taka jest miłość – adekwatna. Czynna. Zawsze gotowa pokonać dystans.

 

Jeśli my jako ludzie potrafimy tak kochać, jeśli mój ziemski tato kocha mnie w taki sposób, to o ile większa i doskonalsza jest miłość Boga Ojca do mnie? Zastanów się proszę przez chwilę nad tym…

Czy pokona dla mnie dystans 300 km? … On pokonał dystans wieczny, zanurzając się w czasie.

Czy zrezygnuje z własnych zajęć, aby zainteresować się mną? … On zrezygnował z chwały nieba i przywdział ciało, abym mogła Go rozpoznać.

Czy zechce pochylić się nad moją sprawą? … On choć jaśniejący w chwale i majestacie, zasiada ze mną do stołu i nieustannie pyta „co chcesz abym ci uczynił?”.

Czy usłyszy moje wołanie o pomoc, często nie wypowiedziane w słowach? … On wybiera drogę przez Samarię, choć ma do wyboru wiele innych dróg, żeby spotkać właśnie mnie i pragnienie mojego wnętrza.

Czy otrze moje łzy, kiedy nie będę miała sił, aby wstać? …On zbierze wszystkie łzy i zamieniając je w szlachetne złoto, wypełni nim każdą ranę mojego serca.

Czy odezwie się do mnie, kiedy przyjdę z trudnymi pytaniami? ... On otworzy moje duchowe uszy na Słowo i potwierdzi „dobrą cząstkę wybrałaś”.

Czy przebaczy mi, kiedy w złości powiem lub zrobię coś, czego żałuję? … On z rękami przybitymi do krzyża zawoła „Ojcze przebacz jej, bo nie wie co czyni”.

Czy da nadzieję, kiedy moją duszę spowije mrok? … On uciszy burzę i zawoła „nie bój się, tylko wierz”.

 

Tak. Ojcowska miłość Boga jest daleko większa, niż miłość znana nam na ziemi. Niezależnie od tego, czy poznałeś i doświadczyłeś miłości swojego ojca tutaj na ziemi… pamiętaj, że to zaledwie odbicie prawdziwej rzeczywistości. Bóg Ojciec nawet własnego Syna nie oszczędził, ale pozwolił, aby umarł na krzyżu za Twój i mój grzech – abyśmy mieli dostęp do Jego miłości. Mam dostęp do miłości Boga wszechświata i w Chrystusie mogę wołać „Abba”, „Tatusiu”! Mogę…

 

Ojcze,

czasem myślę, że wszelkie słowa, które staram się wypowiadać są tak małe, tak niewiele znaczące w obliczu Twojego majestatu… a jednak Ty chcesz, abym do Ciebie przychodziła – bo taka jest Twoja miłość. Ona przejawia się w każdym aspekcie i na każdej płaszczyźnie mojego życia. Ona ogarnia mnie z tyłu i z przodu, jest w mojej przeszłości, teraźniejszości i w mojej przyszłości. Jest głębsza, niż głębie oceanów i szersza niż horyzont. Twoja miłość jest też bliższa, niż to co mi dzisiaj znane w ludzkich doświadczeniach. To wszystko to Twoje obietnice. Jakże miałabym Ci nie zaufać mój Ojcze? Jakże miałabym nie skoczyć, kiedy Ty zawołasz skacz? Jakże miałabym uciec i schować się przed Tobą, kiedy Ty i tak stoisz obok? Ojcze… wszystko czego dziś potrzebuję to odpocząć w Twojej miłości do mnie. Ty mnie kochasz – to wystarczy.


a.

poniedziałek, 3 czerwca 2024

Choć nie widzisz, słuchaj i wierz

 


„Tak przyszli do Jerycha. Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i rzekł: «Zawołajcie go!» I przywołali niewidomego, mówiąc mu: «Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię». On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: «Co chcesz, abym ci uczynił?» Powiedział Mu niewidomy: «Rabbuni, żebym przejrzał». Jezus mu rzekł: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.” Mk 10,46-52

 

Powyższa historia towarzyszyła mi przez cały weekend, dlatego niżej podzielę się kilkoma myślami, które szczególnie wyryły się w tym czasie w moim sercu.

 

Przyglądając się tekstowi biblijnemu poznajemy kolejnego bohatera, którego historię ewangeliści umieścili w swoim opisie zdarzeń. Tym razem jest on szczególny i znamy go z imienia – Bartymeusz. Cierpiący żebrak, który z powodu tego, że nie widział otaczającego go świata – skazany był na społeczne odrzucenie. Nie miał swojego życia, a wszystko na czym musiał polegać, to na litości innych ludzi. Jeśli ktoś zechciał ulitować się nad nim, mógł coś zjeść, otrzymać pieniądze, a jeśli nie? Jego codzienność była naznaczona nie tylko cierpieniem, ale też odrzuceniem przez ludzi. Czego w tej sytuacji mógł pragnąć Bartymeusz? Zmiany sytuacji? Ratunku? Aby znów widzieć i móc oglądać piękny świat? On pragnął… Nasłuchiwał więc. Nie mógł przecież niczego zobaczyć. To, co mu pozostało, to słuchanie otoczenia, pogłosek i wieści ludzi. Może w nich usłyszałby wieść o nadziei.

 

I pewnego dnia usłyszał - wieść o tym, że przechadza się po tej ziemi ktoś, kogo nazywają tym zapowiadanym przez proroków. Bartymeusz wie, że musi On pochodzić z rodu Dawida. Jest więc nadzieja… Chociaż nie widział otaczającego go świata i nie mógł oglądać żadnego cudu, on usłyszał i uwierzył, że pojawił się ktoś, kto może być dla niego ratunkiem. Ktoś, kto może wybawić go nie tylko z cielesnej choroby, ale też z tej duchowej ślepoty, bo przecież pisali o Nim nawet prorocy. Czekał więc. Wyobrażam sobie myśli Bartymeusza i jego codzienne oczekiwanie na dzień, kiedy Jezus będzie blisko. A co jeśli nie przyjdzie do Jerycha, nie przejdzie obok? Na pewno były momenty zwątpienia, ale on wyczekiwał.

 

Nadszedł dzień, kiedy pośród tłumu, idzie Jezus. Czujny Bartymeusz słyszy… przyszła dla niego nadzieja, zaczął więc wołać z całych sił – i prosić o zmiłowanie! Pewnie miałeś w życiu wiele takich momentów… wołałeś z całych sił o łaskę. Chociaż nie mogłeś widzieć, wierzyłeś, że Pan nieba i ziemi usłyszy Twój krzyk. Ludzie słysząc wołanie Bartymeusza uciszali go – z ich perspektywy nie był przecież godnym. Nie był wartym tego, aby się przy nim zatrzymać. Był wyrzutkiem społecznym. Takie nastawienie ludzi nie zniechęciło jednak naszego bohatera… krzyczał jeszcze głośniej! Myślę o jego determinacji i zastanawiam się ile jest jej w moim codziennym życiu. Jak wiele wiary potrzeba, aby mimo tłumu, niechęci, rozczarowań, napomnień, krytyki, zranień – wołać z rozpaczliwą nadzieją do Pana. Aby mimo wszelkich przeszkód (niewidomy, żebrak, tłum), zrobić wszystko, co mogę zrobić, w tym jednym momencie, który prawdopodobnie nigdy się nie powtórzy. Krzyczeć głośniej. Czekać wytrwalej. Wierzyć głębiej. Ufać ciszej.

 

Nasze wołanie o ratunek zawsze dociera we właściwe miejsce. Nie musimy tego widzieć. Możemy temu wierzyć. Rozpaczliwy krzyk Bartymeusza dotarł do Chrystusa. Pomyśl o tym przez chwilę… wokoło jest ogromny tłum, każdy coś mówi, woła, śmieje się, czy w takim chaosie można cokolwiek usłyszeć? Często jako ludzie po prostu się w nim gubimy. Zaczynamy polegać na tym, co widzą nasze oczy. Zatracając głos Chrystusa, który przemawia przez Słowo ożywiane Duchem Świętym. Chrystus jednak zawsze słyszy. Usłyszał też głos Bartymeusza – i zawołał go do siebie.

 

Kiedy myślę dalej o tej scenie, łzy same cisną się do oczu… Zraniony, odrzucony przez świat człowiek, ubogi żebrak – jest wzywany przez Chrystusa. Czy znany jest Ci ten obraz? Mi tak. Właśnie takim ubogim duchowo żebrakiem jest każdy z nas. Nie mamy nic, co wcześniej nie zostałoby nam darowane. A wszystko to, kim jesteśmy duchowo – to nędza ubrudzona grzechem. Potrzebujemy zrozumienia, że każdy z nas jest Bartymeuszem. Potrzebujemy zmiłowania i łaskawego głosu, który wezwie nas – przyjdź do mnie.

 

Bartymeusz usłyszał ten głos. Zaufał i z radością ZERWAŁ SIĘ ze swojego miejsca. Niewidomy człowiek… wstaje i próbuje biec za głosem, który go wezwał! Jakaż niesamowita to scena. Uczy mnie czym jest prawdziwa wiara. Wiara, która nie widzi, ale mimo to zrywa się ze swojego miejsca i robi krok w nieznane, za głosem Wybawcy. Bartymeusz zostawia swój płaszcz – cenny, bo prawdopodobnie był wszystkim co miał. Czy w takim kroku wiary i my często nie musimy zrzucić coś z siebie? Zostawić, aby bez zbędnego balastu zrobić krok? Jak wiele może być w nas przeszkód i blokad, które uniemożliwiają nam dziś pójście za głosem Chrystusa… Bartymeusza nic jednak nie zatrzymało. Otrzymał to, na co tak długo czekał. Nie oglądał cudów. Słuchał. A kiedy uwierzył i zrobił krok, sam doświadczył największego z cudów… przejrzał fizycznie i duchowo – i poszedł za Chrystusem.

 

Drogi Bartymeuszu… gdzie dzisiaj jesteś? Czy słuchasz o Chrystusie? Może wiesz już, że jest blisko… ale nie masz odwagi zawołać? A może… nie wiesz, że jesteś niewidomym żebrakiem, który wszystkiego czego potrzebuje to właśnie Zbawiciela? Może On woła ciebie nieustannie, a ty siedzisz w bramie swojego komfortu, owinięty płaszczem wygody i przyjemności i nie potrafisz zrobić kroku wiary, przedzierając się przez nieprzychylny tłum?

 

Ojcze,

dziękuję za tę historię. Jest ona balsamem na moje serce i przypomnieniem, kim byłabym bez Ciebie – niewidomym żebrakiem. Wszystko czego dziś potrzebuję, to Twojego zmiłowania. Wsłuchiwania się w głos Twojego Słowa. Wyczekiwania Twojego nadejścia. Gotowości do zerwania się ze swojego miejsca, zrzucenia płaszcza (zostawienia wszystkiego, co jest przeszkodą) i przebicia się przez tłum na Twój głos.

Ojcze, jesteś niezmienny, dlatego ta historia dziś tak bardzo mnie pociesza. Ona jest aktualna. Twoje serce wciąż jest pełne zmiłowania. Ty słyszysz każde łkanie, wołanie i krzyk, mimo chaosu, który jako ludzie sami wokół siebie tworzymy. Dziękuję, że prawdziwie mogę Ci ufać. Dziękuję, że nie muszę widzieć, aby usłyszeć i iść. Moje serce uwielbia Twoje święte, wieczne imię.




wtorek, 21 maja 2024

Człowiek według Bożego serca?




Kim jesteś, Ty nazwany człowiekiem według Bożego serca? Czytając 1 księgę Samuela, od wielu tygodni towarzyszy mi to pytanie.. co takiego było w Dawidzie, co tak bardzo podobało się Bogu, że nazwał go człowiekiem według swojego serca. Czy chodziło o bezgrzeszne postępowanie Dawida? Nie jest to możliwe, bo znamy niektóre jego upadki i wiemy, że były one moralnie naganne - pożądliwość, cudzłóstwo, zabójstwo. Jak ocenilibyśmy takiego człowieka, gdyby ktoś nam o nim opowiedział i opisał te czyny? Myślę, że nasz sąd byłby surowy i mało prawdopodobne, że chcielibyśmy żeby taka osoba była naszym przyjacielem. Dawidzie.. Bóg znał Twoje życie! Jakie było Twoje serce, że Bóg uznał je bliskim sobie?

Biblia opisuje życie wielu bohaterów, w tym Dawida, abyśmy przyglądając się im, mogli poznać Boże serce. Osoba Dawida zapowiada w ST doskonalszego Człowieka według Bożego serca – Bożego Syna, Chrystusa. On w śmierci i zmartwychwstaniu utorował nam drogę do otrzymania nowego serca, takiego, które będzie podobać się Bogu. 

Co jednak oznacza bycie według Bożego serca?  Pierwszą z charakteryzujących Dawida postaw odnajduję w jego starciu z Goliatem. Nastrój w obozie był napięty, a ludzi ogarniał strach. Wtedy na scenie historii pojawia się Dawid. Już na początku (w. 22) pyta on swoich braci o powodzenie bitwy, jest zatem żywo zainteresowany tym, co się dzieje. Będąc w otoczeniu przestraszonych wojowników słyszy wystąpienie Goliata, który wyśmiewa Boży lud. Wyobraziłam sobie tę scenę… Waleczni żołnierze siedzą zmartwieni i w strachu, bez nadziei na powodzenie bitwy, a wśród nich młody Dawid. Z sercem nastawionym na Boga, pełen Bożych myśli i obrazów tego kim jest Bóg dla swojego ludu. Dawid nie zapytał obecnych tam ludzi „dlaczego lży wasze imię?”, zapytał o człowieka, który „lży szeregi Boga żywego”. Rozumiał, że jeden jest panujący nad wszelką rzeczywistością, i to do Niego należy bitwa. Miał w sobie prawdziwy obraz Boga i godziło w Jego serce wyśmiewanie czy wykrzywianie tego obrazu!

Dawid otwierając w szczerości swoje serce, w prawdzie wyrażając to kim jest jego Bóg – słyszy zarzuty ze strony brata: „Znam zuchwałość i złość twojego serca”. Zarzucił mu kierowanie się własnymi pobudkami, szukanie swojej chwały. Został przedstawiony w krzywym zwierciadle. Znasz to? Takie są ludzkie osądy. Może kiedyś zostało wypowiedziane o Tobie takie niesprawiedliwe stwierdzenie, a może sam tak kogoś oceniłeś. Serce Dawida było jednak wolne od tak absurdalnych zarzutów! Wszystko czego pragnął, to uwielbienie swojego Boga..

Dawid nie ustaje, drąży temat i chce poznać sytuację, zrozumieć dlaczego ludzie drżą, czego boją się? Któż może być równy Bogu? Kiedy Dawid staje przed Saulem, pragnie, aby „ludzie nie upadali na duchu” – poznał zatem nastrój panujący w obozie, zależało mu na ludziach. Deklaruje przed Saulem, że będzie walczyć z Goliatem. Czy to świadczy o jego odwadze? Myślę, że nie. Dawid zna swojego Boga i Jego charakter. Zna Go osobiście, intymnie, blisko. Przywołuje przeszłe doświadczenia (ma własne świadectwa, przeszłe dowody Bożego działania!), które przygotowały go na to starcie. Wie, że każde wcześniejsze zwycięstwo było w rękach Jego Boga. Motywuje go objawienie przed wszystkimi chwały i mocy Jego Boga! Dawid kocha swojego Boga – bo Go zna.

Kiedy o tym myślę zastanawiam się jak często dziś mam podobną motywację w sobie (serce podobne do Dawida). Myśląc o wyzwaniach, ile w nich pytań o Bożą chwałę, aby to ona była widoczna w zwycięstwie. Pragnienia tego, aby to nie moje siły, zabiegi, argumenty zapewniały zwycięstwo, ale żywy Bóg… 

Bóg zwyciężył ręką Dawida na polu bitwy. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczami, ale Pan patrzy na serce… Serce Dawida w całej tej historii wyznawało żywego Boga - bo znało swojego Boga. Nie tylko mówił o Nim, on Go znał. Ile słów wypowiadamy dziś o Bogu, Jego woli, Jego planach, Jego myślach? Całe mnóstwo, ale czy rzeczywiście Go znamy? Czy wiemy, że kiedy nadejdzie czas walki, On jest żywy? Czy wiemy czego od nas oczekuje na podstawie Słowa? Czy rozpaczliwie chwytamy się Jego obietnic i tego, co mówi o sobie, kiedy w obozie panuje strach, a inni zapominają? Czy wierząc, że wszystko co mówi o sobie w Biblii jest prawdą, z odwagą chwytamy procę, gotowi stanąć do walki mimo okoliczności, które są beznadziejne? Patrząc na swoje życie przyznaję, że w wielu sytuacjach moje serce było niepodobne do serca Dawida.. Tracąc z oczu to, kim Bóg jest i co mówi o sobie w Biblii, traciłam wiarę, nadzieję i zaufanie. Właśnie w takich momentach na scenę serca wkracza własna sprawiedliwość, a rzeczywistość zostaje wypaczona przez pragnienia grzesznego serca. Jeśli nie motywował mnie obraz Prawdy - żywego Boga i Jego chwały – to motywowało mnie realizowanie własnych pragnień i chwały. Na tronie naszego serca może zasiadać Bóg albo my sami. Nie ma innych możliwości. Dopiero prawdziwe walki z Goliatami i Amalekitami pokazują to. Te małe i większe sztormy naszego życia - wyciągną na wierzch stan naszego serca. Każda decyzja z czasem ujawni głęboko skrywane motywacje. Jak zatem poznać Boga? Poznając Jego Słowo i wykonując je: „niech słowo chrystusowe mieszka w was obficie”, „bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami”.

Serce Dawida ujawnia swoje oddanie Bogu także w kontraście z Saulem i jego wewnętrznym życiem. Saul kierował się własną sprawiedliwością i osądami Bożych spraw. Po zwycięstwie w walce z Amalekitami, Bóg dał jasne przykazanie, aby zniszczyć i wytracić wszystko, bo jest obłożone klątwą. Co zrobił Saul? Miał swoje zrozumienie tego, czego chce Bóg. Ocenił według swoich standardów Boże Słowo. Uznał, że Bóg na pewno się myli, bo przecież to co widzą oczy, jako czyste i najlepsze z łupów jest warte zachowania. Kierował się nie tylko powierzchowną oceną rzeczywistości, którą widział, ale przede wszystkim własną sprawiedliwością i swoimi pomysłami oceniał Słowo samego Boga. Ile razy zdarza się to i nam? Bóg jasno określa w swoim Słowie, jaka jest Jego wola i czego od nas oczekuje. Chociaż wydaje się to proste, jakże często szukam wymówek? Słowo wzywa do nieustannej wdzięczności, a ja narzekam przy pierwszej możliwej okazji, kiedy coś nie toczy się zgodnie z moimi planami. Słowo wzywa do miłowania braci i sióstr w Chrystusie, a ja pośpiesznie ich oceniam, kiedy tylko nie postępują zgodnie z moim rozumieniem życia. Słowo wzywa do przebaczenia, nie 7 a 77 razy, a ja pielęgnuję w sobie poczucie krzywdy i rozczarowania. Słowo wzywa do życia w prawdzie, a ja nieustannie szukam dla siebie wymówek i kłamię. Słowo wzywa aby nasze tak było tak, a nie nie, natomiast ja nie potrafię szczerze i jasno komunikować. Nie bądźmy pośpieszni w osądzaniu Saula…

Saul tłumacząc się przed Samuelem, dlaczego tak postąpił, powołał się na święte pobudki! Chciał złożyć ofiarę Panu (z tego co Bóg nazwał obłożonym klątwą!). Czy to z pozoru nie piękne i chwalebne? Saul powołuje się przecież na Pana. Jakże często odnajduję siebie w postawie Saula. Swoje czyny (decyzje) i prawdziwe motywacje łatwo okryć szatą działania dla Pana - bo serca nie widać. Saul, mimo że nie pragnął chwały Boga, chciał widzieć w swojej złej postawie święte rezultaty. Jego wewnętrzne życie nie szukało uwielbienia Boga, ale siebie. Według ludzkiego spojrzenia i sentymentu oceniał to, co widział. Dążenia Saula miały na celu realizowanie własnych, ukrytych przed wszystkimi pobudek. Saul w rozmowie z Samuelem nazywa Boga – „twoim Bogiem”. Nie poznał osobiście i blisko żywego Boga, dlatego nie mógł Go określić w inny sposób. Jeśli Jego wewnętrzne życie nie było pełne żywego i prawdziwego Boga, jego dążenia również nie mogły takie być. I nie zmienił tego fakt, że przez prawie całą księgę czytamy o tym, że powoływał się na „działanie Pana” - nawet tropiąc Dawida i pragnąc go zabić (to co złe, nazywał Bożym działaniem? Znacie to? Jak często spotykam dziś powoływanie się na „Bożą wolę” w działaniach całkowicie sprzecznych z Biblią?). To zakłamywanie rzeczywistości i zniekształcanie Bożego obrazu. Dokładnie tak jak działał Saul. 
 „Samuel odpowiedział: Czy takie ma Pan upodobanie w całopaleniach i w rzeźnych ofiarach, co w posłuszeństwie dla głosu Pana? Oto: Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara, a uważne słuchanie lepsze niż tłuszcz barani.” (1 Sam 15,22). Aby być posłusznym Bogu, należy Go znać, wiedzieć jakie jest Jego serce, charakter… Człowiek według Bożego serca nie ocenia Bożego przykazania. Pan tak powiedział w swoim Słowie, więc to wystarczy! Nie ma innego prowadzenia, znaków i Bożej woli. Każda inna nauka jest niebiblijna i przejawi swoje konsekwencje w życiu człowieka ją wyznającego. Czy jestem zdolna dziś swoje uczucia, standardy, sentymenty, osądy poddać całkowicie Słowu Boga? Czy kiedy nadejdzie dzień starcia z Amalekitami czy Goliatem – moje serce będzie znało mojego Boga? Kiedy Bóg poprosi zmierz się z tym tematem, to czy się zmierzę? Kiedy brat poprosi pójdź drugą milę, to czy pójdę? Kiedy siostra zapłacze- wybacz, to wybaczę? Kiedy przyjaciel przyjdzie z prośbą o łaskę, to okażę? Czy jak Paweł wstawię się za Onezymem prosząc „jeśli szkodę Ci wyrządził, mnie to przypisz”? Czy wyciągnę swoją rękę z troską do „tych najmniejszych, do nich bowiem należy Królestwo Boże”? Kiedy zderzę się z cierpieniem drugiego człowieka, odnajdę w nim wrażliwe serce niebiańskiego Ojca? Czy moje słowa są jednoznaczne, szczere i pełne prawdy? Czy powściągnę swój język, aby pośpiesznie nie rzucić krzywdzących słów? Czy pójdę modlić się, rozmawiać z moim Panem, mimo wielkiego zmęczenia? Czy dotrzymam złożonych obietnic?  Czy nie zwątpię w Bożą wierność przy pierwszej zmianie okoliczności? Czy naprawię krzywdy które wyrządziłam?
Kiedy myślę o swoim życiu, to widzę, że składa się ono z tych najmniejszych, a zarazem najtrudniejszych pytań (decyzji). To nasze walki z Amalekitami i Goliatem. Kiedy już nadejdzie czas stanięcia do walki, gdzie będzie moje serce? 


Ostatecznie Dawid był tylko cieniem prawdziwego Człowieka według Bożego serca (Ps 89,27): On będzie wołał do Mnie: "Ty jesteś moim Ojcem, Bogiem moim i Skałą mojego ocalenia". A Ja go ustanowię pierworodnym, największymi pośród królów ziemi.
Chrystus narodził się po to, żeby pokazać światu serce Ojca. Znał swojego Ojca- dlatego słuchał Jego słów i doskonale, bezgrzesznie wypełnił Jego wolę. 

Czy znam mojego Boga, Jego wolę objawioną w Biblii i bliskie jest mi Jego serce? Momenty walki nadejdą, a one ukażą dla kogo walczę.

poniedziałek, 20 maja 2024

Namaszczenie miłości




Są takie historie w Biblii, które dotykają mnie do głębi… sprawiają, że mój duch drży, bo czuje to, co czuła bohaterka historii. To jedna z tych historii….

 

„Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: «Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą». Na to Jezus rzekł do niego: «Szymonie, mam ci coś powiedzieć». On rzekł: «Powiedz, Nauczycielu!»: «Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?» Szymon odpowiedział: «Sądzę, że ten, któremu więcej darował». On mu rzekł: «Słusznie osądziłeś».

Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: «Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje». Do niej zaś rzekł: «Twoje grzechy są odpuszczone». Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: «Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?» On zaś rzekł do kobiety: «Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!»”

Łk 7,36-50

 

W tej historii pojawia się wiele istotnych  motywów dla tamtejszej kultury. Pan został zaproszony do domu faryzeusza. Osoby uczestniczące w spotkaniu były w pozycji leżącej przy stole, a uroczystość musiała być wydarzeniem otwartym, skoro na planie historii pojawia się nieznajoma kobieta. Zgodnie z tradycją, gościom namaszczano głowę rękami (Mk 14,3). W tej historii nieznana z imienia kobieta (grzesznica) robi coś całkowicie nieoczekiwanego… Wylewa drogi olejek (rodzaj perfum) na stopy Pana i ociera je swoimi włosami. W tamtejszej kulturze taki gest był przekroczeniem pewnych norm, ponieważ rozpuszczanie włosów przy obcych mężczyznach nosiło znamiona nierządu. Tutaj jednak czytamy, że połączone było to z jej łzami i całowaniem stóp… co z jednej strony ukazywało uniżenie, a z drugiej dla otoczenia mogło być odebrane jako nieprzyzwoite.

 

Wyobraźmy to sobie… Kobieta usłyszała o otwartej uczcie faryzeusza, dowiedziała się, że będzie tam TEN o którym tyle słyszała… ten, który na zawsze może uwolnić jej serce, oczyścić, dać coś, czego nie mógł dać jej nikt inny. Musiało być w niej wielkie pragnienie. Jej zrozpaczona dusza miała dość niesienia ciężarów grzechu w swoim życiu. Wszystko to, co ją obciążało zapragnęła zanieść prosto do stóp tego, kto mógł dać jej prawdę i życie. Kto mógł okazać jej łaskę, choć wcześniej prawdopodobnie nikt jej nie okazał. Zaryzykowała więc. Zrobiła krok wiary, pełna odwagi i nadziei, że zmierza do właściwej Osoby. Nie zatrzymała ją opinia innych ludzi, może krytyka i nieprzychylne komentarze… Padła do świętych stóp. Pokłoniła się Panu wszechrzeczy. Zapragnęła swoją miłość i pragnienie oczyszczenia wyrazić w sposób w jaki potrafiła – oddała drogi olejek, namaściła Jego stopy i rozlała przed Nim swoją duszę – wierząc, że On słyszy jej łkanie, On rozumie jej ból i żal, On jest ratunkiem.

 

Co na to Jezus? On znał jej serce. Wiedział, że każdy jej gest skierowany w Jego stronę był wyrazem skruchy, pokory i miłości… Konfrontuje jej postawę z postawą faryzeusza, który umiłował bardziej prawo, niż jego prawodawcę. Szymon przez swoje zasady nie dostrzega cudu, który dokonuje się na jego oczach, prawdopodobnie dlatego, że sam jeszcze nie rozpoznał, kto przebywa w jego domu. Jego duch nie zakosztował wiecznego Słowa - zaproszonego na ucztę. Jego serce nie umiłowało Chrystusa - jej serce było gotowe oddać wszystko, aby tę miłość Mu okazać. Pan Jezus wyjaśniając jej czyn opowiada Szymonowi historię, która łączy  miłość z przebaczeniem. Pokazuje mu, że to świadomość własnej grzeczności prowadzi do miłowania tego, który ma moc oczyścić i przebaczyć każdą winę. Im większa, głębsza świadomość swoich przewinień, tym jaśniejsza i obfitsza jest miłość osoby, której przebaczono.

Czy nie tak jest z nami dzisiaj? Nieważne na jakim etapie swojego życia dziś jesteś… Ewangelia ma moc zmienić życie na początku, ale ona także kształtuje serce przez całą życiową pielgrzymkę. Codziennie od nowa rozświetla swoim blaskiem dzieło krzyża – ukazując to, jak wiele nam przebaczono. Jak wiele nam ofiarowano. Boży Syn poświęcił wszystko, łącznie z oddanym życiem, abyśmy mogli być wolni od grzechu i żyć perspektywą wieczności z Nim. Ta prawda codziennie musi przemieniać nasze umysły, korygować błędy i pogłębiać naszą miłość do Chrystusa. Ona musi rozciągać serce i czynić je bardziej pokornym, oddanym prawdzie Ewangelii i zachwyconym wiecznym pięknem Chrystusa.

 

Kobieta mimo strachu, ze świadomością tego, że potrzebuje Chrystusa – uchwyciła się Go. Chrystus dał jej zbawienie. To co uczyniła miało wymiar wieczny… jej wiara zaprowadziła ją do właściwej Osoby. Dokąd dziś prowadzi Ciebie Twoja wiara? Czy do stóp tego, który jedynie jest Prawdą? Czy do Słowa, które jest odwieczne i zawiera odpowiedzi? Czy do Pana wszelkiego ludzkiego oddechu, który chce wyposażyć Cię we wszystko co jest potrzebne do mądrego i pobożnego życia? To Jego Osoba jest odpowiedzią na najgłębszą potrzebę naszego jestestwa i na każdy dylemat naszego życia. Tylko w Nim możemy odnaleźć prawdziwe ukojenie i wolność. Jego zawsze przyjmujące ramiona otulą nas w każdej trwodze. Jego łaskawe spojrzenie będzie przychylne dla każdego gestu naszej szczerej, oddanej miłości do Niego. On widzi i zna naszą szczerość. Nie bój się więc. Przychodź do Niego z odwagą.

 

Ojcze,

Dziękuję za hojność Twojej łaski, jaką odnajduję w Chrystusie… zawsze kiedy przychodzę do Jego stóp pragnę ocierać je swoimi łzami. Moje serce rozumie, że nie ma bezpieczniejszego miejsca dla mnie, niż On sam. W Nim bowiem istnieje wszystko, co istnieje. W Nim jestem ukryta. Dziękuję, że mimo braku Jego fizycznej obecności Ty zadbałeś o Słowo, które może odpowiadać na moje dylematy dzisiaj. Dziękuję za Ducha Świętego, najlepszego Pocieszyciela, który rozjaśnia przede mną Twoje Słowo we właściwym czasie. Dziękuję, że w wierze, a nie oglądaniu pielgrzymuję, ucząc się po prostu zaufania, w radości czy smutku, w trudach czy przyjemnościach. Ty swoje odwieczne cele zawsze doprowadzisz do końca… to łaska, że mogę być częścią Twoich zamysłów. Traktuję to też jako ogromną odpowiedzialność… dlatego Panie potrzebuję Twojej mądrości, abym poznając Ciebie – lepiej rozumiała świat i podejmowała decyzje, które poprowadzą moje serce do duchowego wzrostu w Tobie. Abym mogła oglądać Twoją chwałę… a moje serce aby klękało w zachwycie.

Dziękuję… dziękuję Ojcze za Twoją dobroć.

 

czwartek, 16 maja 2024

Nie bój się, tylko wierz!



Macie takie momenty, kiedy tekst Bożego Słowa po prostu „ratuje Wam życie”? Jest słodyczą dla Waszej duszy na ten konkretny czas? Ja właśnie dziś tak się poczułam… Chodź.. przyjrzyjmy się tej wspaniałej historii:

 

Gdy Jezus powrócił, tłum przyjął Go z radością, bo wszyscy Go wyczekiwali. A oto przyszedł człowiek, imieniem Jair, który był przełożonym synagogi. Upadł Jezusowi do nóg i prosił Go, żeby zaszedł do jego domu. Miał bowiem córkę jedynaczkę, liczącą około dwunastu lat, która była bliska śmierci. Gdy Jezus tam szedł, tłumy napierały na Niego. (…) Gdy On jeszcze mówił, przyszedł ktoś z domu przełożonego synagogi i oznajmił: «Twoja córka umarła, nie trudź już Nauczyciela!» Lecz Jezus, słysząc to, rzekł: «Nie bój się; wierz tylko, a będzie ocalona». Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: «Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi». I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: «Dziewczynko, wstań!» Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. Rodzice jej osłupieli ze zdumienia, lecz On przykazał im, żeby nikomu nie mówili o tym, co się stało.” Łk 8,40-56

 

Wyobrażam sobie serce cierpiącego ojca, którego córka umiera (ukochana jedynaczka!). Wie, że jego jedyna nadzieja jest w Tym, o którym tak wiele słyszał… w wielkim Lekarzu. Przychodzi więc i w swojej rozpaczy błaga Pana, aby ten uratował życie jego córeczki… Wydawało się, że już nie ma czasu. Każda minuta miała znaczenie… Presja czasu, była ogromna, znacie to? Czasami ktoś z zewnątrz wywiera ją na nas, a czasami sami ją sobie stwarzamy. W tej sytuacji było to jednak zrozumiałe. Na oczach ojca odchodzi córka. On postanawia działać.

 

Co na to Jezus? Jakby spokojny, zmierzający do celu swojej drogi. Zostaje zatrzymany przez kogoś – tutaj dzieje się inna historia cudu kobiety cierpiącej na krwotok. Widząc to wszystko ojciec musiał czuć się jeszcze bardziej niespokojny – dlaczego Pan zatrzymuje się… Dlaczego pyta o kogoś… Dlaczego nie zajął się moją sprawą… Zapomniał o mnie?! Przecież widzi moją rozpacz! Te chwile musiały być ciemnymi momentami dla duszy ojca. Czy Jezus o tym nie wiedział? Nie rozumiał co on w tym momencie przeżywa? Jak się czuje? Dlaczego pozwolił na tą „przestrzeń” dla rozpaczy ojca?

 

Po tym czasie – rozpaczy duszy ojca – nadchodzi najgorsza wiadomość… „Twoja córka umarła”. Nauczycielu nie trudź się już. Jest za późno… Nic nie da się zrobić. Nie da się zmienić okoliczności. Nadeszło to, co najgorsze dla duszy ojca. Tak wyglądają często nasze scenariusze… znacie je? Ciemność jest zbyt gęsta, żeby można było dostrzec promyk światła. Otchłań jest zbyt głęboka, żeby pojawiła się ręka, która pociągnie i wskaże drogę. Niemoc jest zbyt paraliżująca, żeby można było uczynić choć jeden mały krok. Kurtyna opadła, widzowie wiwatują, a aktorzy schodzą ze sceny.

 

Kiedy myślę o swoim życiu, to przypominam sobie, że często doświadczałam tego uczucia. Osamotnienie. Bezradność. Niezrozumienie. Jakby właśnie te scenariusze były pisane dla mnie od zawsze rękami ludzi mnie otaczających. Właśnie… Pisali je ludzie (każdy ma swoją odpowiedzialność). A ponad opadniętą kurtyną sceny tego świata jest Ktoś Większy. Ktoś, kto stojąc tuż obok i znając właściwy czas, wkracza w bieg historii i rysuje przede mną obraz większego, piękniejszego i wznioślejszego scenariusza, niż ten ludzki. On pisze scenariusz wieczny, odpowiadający Jego charakterowi, chwale i majestatowi.

 

Wróćmy więc do naszej historii. Jezus usłyszał słowa osoby przynoszącej złe wiadomości. On słyszy. Zawsze. Nawet jeśli wydaje się nam, że jest „zajęty” czymś innym. Czynieniem innego cudu… Ratowaniem życia innej osoby. Błogosławieniem komuś innemu. W odpowiednim czasie nadchodzą Jego słowa nadziei: „nie bój się, tylko wierz”! … Czy wierzę w moc Jego Słowa? W moc Jego obietnic? Że jest drogą, prawdą i życiem? Czy Jego Słowo wystarczy mi, mimo, że nie widzę jeszcze rezultatów? Przecież ojciec słysząc te słowa mógł się poddać. Zrezygnować. Odwrócić się i po prostu odejść. Miał wybór, jak zareagować. On jednak zaufał Słowu! Poszedł razem z Chrystusem do swojego domu. Tam wszyscy opłakiwali tę ogromną i niewyobrażalną dla nas ludzi stratę. I wtedy znów nadchodzą słowa nadziei „nie płaczcie, nie umarła, lecz śpi”. Niektórzy z obecnych tam wyśmiali Go... wiedzieli przecież. Widzieli na własne oczy śmierć. Oglądali rzeczywistość – więc co On może wiedzieć? 

 

Znasz to? Nosimy w sobie nieustanne pragnienie „oglądania”, „poznania” i „rozumienia”. To co oglądają nasze oczy uznajemy zbyt często za jedyną rzeczywistość. Bo przecież, jeśli zdarzyło się coś tak oczywistego, okoliczności poukładały się tak a nie inaczej – to rozwiązanie jest oczywiste. Czy nie tak podpowiada nam nasza logika? Bóg zna naszą wątłą naturę, dlatego Biblia tak wiele mówi o „wierze”. Uczy ona pielgrzymowania w rzeczywistości, której nie widzą nasze oczy. Uczy szukania tego co prawe, sprawiedliwie i Boże, mimo niesprzyjających często okoliczności życia codziennego. Mimo przeciwności. Ale błogosławiony jest ten, kto najpierw szuka Królestwa Bożego, i jego sprawiedliwości. Bądź więc błogosławiony kiedy nie widzisz… ale wierzysz w to, co mówi do ciebie Słowo i będąc mu posłusznym, szukasz Królestwa Bożego i żyjesz jego prawami.

 

W tak beznadziejnej sytuacji, Chrystus zamanifestował swoją moc. Przywrócił dziewczynkę do życia. Dlaczego? Bo miał taką moc. Bo jest Panem życia i śmierci. Jezus nigdy się nie spieszy. Zawsze przychodzi na czas. A my? Bądźmy jak Jair. Rozumiejmy naszą odpowiedzialność. Jego wiara była aktywna i czynna w działaniu – zaprowadziła go do Pana życia i śmierci. Nie poddał się mimo złych wiadomości. Pragnął przecież tego co dobre… życia swojego dziecka. Dokąd dziś prowadzi nas nasza wiara? Czy czyni nas aktywnymi w działaniu i posłuszeństwie Słowu?

 

Ojcze,

jakże dziękuję Ci, że Ty nigdy nie spóźniasz się. I choć często moją duszę zalewa rozpacz z powodu tego, co oglądają moje oczy… to pragnę wiary. Tej, która poprowadzi mnie do posłuszeństwa Twojemu Słowu. Tej, która zaufa na przekór niesprzyjającym okolicznościom. Tej, która z odwagą będzie szła. Wiary, która sięga za kurtynę tego świata i jest umacniania w obecności Pana istniejącej rzeczywistości. Ojcze… to w wierze, a nie oglądaniu chcę pielgrzymować, choć wiem, że tak często w swojej łasce dajesz mi oglądać rezultaty swojej mocy. To Twoja obfita hojność i łaskawość sprawiają, że nieustannie odżywiasz moją słabą i wątpiącą duszę. Chcę być jak Jair… szukać pomocy, kiedy powinnam. Czekać, kiedy powinnam. Iść na przód, kiedy powinnam. To Słowo Twoje jest pochodnią dla nóg moich. Tak wierzę Ojcze!


mara